Tulla's inspirations: pink hair.

tulla's inspirationsjestem, kim jestem; stanę się, kim zechcę.

Tulla's inspirations: DIY

żródło: moda.shopalike.pl

sukienki znalezione na shopalike.pl, w którym można porównywać oferty różnych sklepów internetowych, niesamowicie mnie zainspirowały. tego lata chcę nosić mnóstwo własnoręcznie przerobionych rzeczy. uwielbiam patrzeć, jak męskie tshirty zmieniają się w seksowne koszulki, a zwyczajne ubrania nabierają niezwykłego charakteru 

new.


wszystko psuje mi się w zastraszającym tempie. może, dlatego że jak coś polubię, użytkuję to do granic możliwości. więc zniszczyłam już chyba wszystkie pary okularów przeciwsłonecznych, jakie miałam w domu.  te wpadły mi w łapki dzisiaj i nieważne, że tata twierdzi, że są tak duże, że mnie zza nich nie widać.

blue smile like celine.

torebka - stylowebuty.pl

tak bardzo stęskniłam się za słońcem, że z jego braku kupiłam niebieską torebkę z myślą, że będzie to doskonały akcent do totalnej czerni, z której nie umiem się wyleczyć. ale chyba mnie poniosło, bo nie jestem przekonana do tego koloru. 

a moja wspaniała Ewa postanowiła zostać aktorką i potrzebuje głosów TUTAJ 

bez łez.

tak długo, na oślep i bez wytchnienia brnęłam do przodu, że w końcu zapomniałam po co, to robię i dokąd właściwie tak uparcie zmierzam. zatrzymałam się gwałtownie, nie do końca z własnej woli. cholernie zabolało. po raz pierwszy od dawna, od wielu miesięcy, a może nawet od kilku lat poczułam, że przesadziłam. zawsze stawiałam wszystko na jedną kartę, ryzykowałam, oddawałam wszystko, co mam i się udawało. tym razem było inaczej. ale to dobrze. nie mam już nic do stracenia. jestem wolna. kiedy ostatnio rozkoszowałam się tymi słowami na języku? jestem wolna. i poradziłam sobie z potwornym kryzysikiem zupełnie sama. a w dodatku przypomniałam sobie, że mam prawdziwych przyjaciół, którzy mówią masz prawo do błędów, ale nie do głupoty i którzy pójdą ze mną na koniec świata - jeżeli tylko ich o to poproszę. 

ostatni.

siedemnastolatka nad ranem.
nabrałam niesamowitego dystansu. do siebie i do świata. choć nadal się przejmuję i martwię o milion spraw, już nie krzyczę. wyciszyłam się, mimo że polubiłam spędzać wieczory w zatłoczonych klubach. zaczęłam malować paznokcie i usta na czerwono, nauczyłam się chodzić na wysokich koturnach, doświadczyłam własnej kobiecości i pokochałam siebie od początku do końca - ze wszystkimi wadami. byłam tylko sobą, autentyczną do granic możliwości, chociaż dziś mam świadomość, że dokładnie taka jestem, dzięki ludziom, którzy są bądź byli. spędziłam przepiękne chwile z najbliższymi mi osobami, przestałam nienawidzić i brałam udział w świetnych projektach. i chociaż w dorosłość najprawdopodobniej wkroczę pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, wiem, że życie jest dla mnie niezwykle łaskawe i że będę mogła spokojnie zrealizować moje szalone plany. a gdy kiedyś będę wspominać siebie jako siedemnastolatkę, jestem pewna, że z niezwykłą czułością będę szeptać pochwycone gdzieś w biegu: wtedy się nie hamowało.

chyba nie mogłam lepiej spędzić dnia, w którym ostatni raz mam siedemnaście lat: wśród inspirujących ludzi, z włosami przesiąkniętymi zapachem rozpuszczalnika, rękami podbrudzonymi akrylową farbą, w coraz bardziej gorączkowych przygotowaniach do premiery projektu, nad którym tak długo pracowaliśmy. patrzę na zabałaganione pomieszczenia, na podłogę zachlapaną farbą, na chaos, w którym wszystko ma sens i nie mogę przestać dziękować Bogu za moje życie.

silesia fashion look.

najpierw siedziałam na pokazie, słysząc śmiech Szpaka, obserwując Sablewską i niemiłosiernie się nudząc, a później wylądowałam na podłodze jednego z moich ulubionych miejsc w szkole z pędzlem w dłoni. za chwilę koczek na czubku głowy się przekrzywił, na rękach pojawiło się mnóstwo plam farby, a kilka kropel kapnęło na spodnie. teraz to ja się śmiałam i zagryzałam wargi ze szczęścia. w tym kontraście pomiędzy modową imprezą a nocną próbą było wszystko to, co wiedziałam, ale czego nie mogłam wcześniej doświadczyć: chcę być a nie bywać. kiedy obserwowałam kolejne kolekcje, miałam ochotę znaleźć się za kulisami, poczuć gorączkowe podniecenie, zdenerwowanie, uczestniczyć w miotaniu się i ostatnich poprawkach. już nie umiem i nie chcę bezczynnie siedzieć, starając się jedynie ładnie wyglądać.
czasem mówię, że jeżeli życie mi się nie uda, zostanę celebrytką, ale to tylko żarty. chcę od świata czegoś więcej. nie wyobrażam sobie siebie jako osoby, którą zadowala jedynie pojawianie się na kolejnych imprezach w coraz droższych butach. nie jestem taka i nie będę. wyrosłam już z ubierania letnich spódniczek przy minus czternastu stopniach i uważania, że moda jest czymś niezwykle ważnym. to zabawa, sposób na wyrażenie siebie, czasami sztuka, ale to wciąż tylko, całkiem miły, dodatek do życia, a nie jego sens.

pierwszy podmuch wiosny.

naszyjnik - pierwszy urodzinowy prezent 

pół życia zarzekałam się, że nie zrobię imprezy z okazji mojej osiemnastki. a potem zdecydowałam się zorganizować ją z moją przyjaciółką równo dwa tygodnie przed urodzinami. zaprosiłyśmy dwudziestu najbliższych przyjaciół. nie ubrałam różowej sukienki, nie pomalowałam oczu, nie zdmuchnęłam świeczek i nie zrobiłam wielu zdjęć. ale bawiłam się wspaniale całą noc na jedenastu centymetrach. tańczyłam, śmiałam się i dziękowałam Bogu za ludzi, których mam. za tych, których tam nie było, też. i tylko zanim wyszłam z domu, z jeszcze wilgotnymi włosami, szlochałam rozpaczliwie, że nie chcę dorastać

street.

moje życie zmierza w doskonałym kierunku. dostaję od losu małe szanse, z których korzystam ze świadomością, że komuś naprawdę na tym zależało, a ja tylko kiwnęłam głową z uśmiechem. bo jestem zdeterminowana i wiem, czego chcę. w gruncie rzeczy moje plany niewiele zmieniły się, odkąd skończyłam czternaście lat. i chociaż teraz jestem o wiele bardziej świadoma, wciąż mam w sobie sporo dziecięcej naiwności. nieustannie wierzę, że wszystko musi się udać.

a podczas spaceru z przyjaciółmi po krakowskich ulicach zaczepiły nas mega sympatyczne i uśmiechnięte dziewczyny z best dressed poland 

stówka!

po stu postach krytycznie przejrzałam mojego bloga i się uśmiechnęłam. jestem taka dumna. zastanawiałam się, jak długo publikowanie tutaj będzie sprawiało mi radość, ale wciąż jest to dla mnie doskonała zabawa. nie traktuję tego jako pracy, nie miałam zamiaru zarabiać na blogowaniu ani robić czegokolwiek pod publiczkę. ubieram się w prosty, ale myślę, że dość wyrazisty sposób, który pasuje do mojego stylu życia i nie chciałam zdobywać czytelników, będąc nieautentyczną. 
zakochałam się w robieniu zdjęć zainspirowana tymi, których autorem jest mój dziadek. dlatego są czarno-białe, niewyraźne i ziarniste. i często źle wykadrowane. i ja je autentycznie kocham, bo są nietuzinkowe. inspirujące - jak nieraz czytałam w komentarzach, co niesamowicie mnie cieszy. w ogóle każde miłe słowo - choć mam świadomość, że niektóre pisane były z automatu - odbierałam ciepło i z uśmiechem. i w sumie się dziwię, że było tylko kilka komentarzy przepełnionych złością i nienawiścią.
a niedługo zrobi się ciepło i znów będę pokazywać pięć razy w tygodniu moje porozciągane koszulki. 
love love